Proboszczowie

Wczorajsze wspomnienie świętego proboszcza z Ars, sprowokowało mnie do osobistego wspominania znanych mi księży proboszczów. Nie każdy z nich był wybitną osobowością, ale każdy wywarł (lub wywiera) na mnie duży wpływ.

Z dzieciństwa nie przypominam sobie proboszczów mojej parafii. Była bardzo duża. Obejmowała całą zachodnią część, niewielkiego co prawda podówczas, Torunia. Ksiądz, który zarządzał monumentalnym, gotyckim kościołem Najświętszej Marii Panny, wydawał mi się wtedy postacią niemal boską.

Równolegle istniał w rodzinie wujek mojej mamy, zacny i wykształcony proboszcz w dużej wsi na terenie Ziemi Chełmińskiej. To jego opowieści o nadziei związanej z trwającym Soborem wysłuchiwałem przy kolacji. Wujek wpuszczał mnie do najskrytszych zakamarków XIV-wiecznego, warownego kościoła z których najbardziej fascynująca była kościelna wieża z mechanizmem starego zegara. Wtedy też z bliska zobaczyłem z jakim kunsztem wykonane są liturgiczne szaty i naczynia. Zrobiło to na mnie niezapomniane wrażenie.

Gdy byłem już dorosły, mój katecheta z czasów licealnych, z którym bardzo się zżyłem, został proboszczem w jednej z podbieszczadzkich parafii. Spędziłem u niego 3 tygodnie, poznając trudy nie tylko duszpasterzowania  wśród przybyłej z różnych zakątków Polski społeczności, ale też kierowania zespołem trzech, dość oryginalnych wikariuszy. Pamiętam, że następnego dnia, po moim półgodzinnym biciu w dzwony, z okazji wyboru Jan Pawła I na Stolicę Piotrową, przysiadłem się w przydrożnym rowie do duetu: wikariusz i jeden z tubylców. Kończyli właśnie integrację przy butelce „patykiem pisanego”, gdy ksiądz wikary z całą powagą rzucił: „- Wiesz Józek, jak teraz zniosą celibat, to nam powinni wypłacić odszkodowanie”. Proboszcz radził sobie w tym zbiorowisku z niebywałym spokojem i miłosierdziem. Tam zobaczyłem w praktyce, co to znaczy kochać ludzi, których postawiono na twojej drodze.

Wżeniłem się w rodzinę z dwoma proboszczami. Wuj mojej żony, którego odwiedzaliśmy bardzo często, był proboszczem w znanej podwarszawskiej miejscowości. Ponieważ wcześniej spędził kilka lat jako duszpasterz akademicki, stale otoczony był wianuszkiem swoich dawnych studentów. Do niego przyjeżdżali chrzcić swoje ‚nieślubne’ dzieci różni warszawscy celebryci, którym odmawiano chrztu w stołecznych parafiach. Wuj historię Kościoła miał w jednym palcu i potrafił się swoją wiedzą skutecznie dzielić. Ciągnęły do niego rzesze i z każdym potrafił z uwagą i miłością rozmawiać. W szczególności z tymi, od których stronili inni księża. Był prawdziwym uosobieniem ostatniego Soboru.

Stryj zaś wiódł spokojne i uregulowane życie proboszcza małej wiejskiej parafii, gdzieś na obrzeżach diecezji. Do parafii należało gospodarstwo, w którym były i trzoda i bydło. Na podwórku urzędowały kaczki z kurami. Regularność życia proboszcza była kluczowa. Pomagało to z pewnością jego głębokiemu życiu modlitewnemu. Ale interesanci (w tym rodzina) musieli dostosować swoje sprawy do godzin jego ‚urzędowania’. Parafianie kochali go jak ojca.
Osoba Stryja odcisnęła znamię na moim życiu gdy przez rok regularnie myłem i pielęgnowałem jego coraz bardziej gasnące ciało, by wreszcie ubrać je, już zimne, w liturgiczne szaty do trumny. Niewiele rozmawialiśmy. Stryj był małomówny, ale wiele gestów przyjaźni i zaufania jakimi mnie obdarzył, zapamiętałem na całe życie.

Gdy zamieszkaliśmy na wsi, zastaliśmy tu proboszcza niezwykłego. Nie przywiązywał wagi do spraw materialnych. Sutannę miał połataną. Plebania najczęściej nie była zamykana na klucz.  Do szkoły, w której uczył religii, szedł przez całą wieś godzinę lub dwie, zatrzymując się i rozmawiając z każdym. Następny proboszcz jeździł już do szkoły (400m!) samochodem, kolejni nie pojawiali się tam w ogóle. Nastała era katechetek. Pamiętam, że „po kolędzie” odwiedzał zaszyte w lesie domostwa, do których mieszkańcy bali się nawet zbliżyć, a opieka społeczna jeździła w asyście policji. Czas spędzał głównie poza plebanią, u ludzi, często też u nas. Przy okazji i bez. Był żywym członkiem społeczności. Dość szybko go przeniesiono do innego, ‚lepszego’ miejsca. Po nim nasza parafia nie miała już szczęścia. Proboszczowie albo szybko byli przenoszeni albo równie szybko umierali.

W międzyczasie przylgnęliśmy do parafii sąsiedniej, której proboszcz nie ma ani gospodyni, ani samochodu, ani oparcia w kurii, ale oddaje się bez reszty skutecznemu duszpasterzowaniu w wiejskiej parafii. Czy doktorat i habilitacja z teologii mu w tym pomagają, nie wiem. Wiem, że mówi i świadczy wyłącznie o Bogu i Jego miłosierdziu. Jest jakby przeźroczysty. Nie zasłania Bożego Wizerunku. Mówił mi ostatnio: „- Mam oczywiście swoje poglądy, również polityczne, ale moi parafianie mają poglądy bardzo różne i zawsze mówię tak, aby odnaleźli się w moich słowach i broń Boże, żebym kogoś nie uraził”. I ludzie chcą słuchać jego słów.

Gdy byliśmy przed dwoma laty w Ars, modliliśmy się za obydwu naszych proboszczów. Za jednego, aby wytrwał w swojej pokorze i trudnym posłuszeństwie wobec biskupa, za drugiego, aby zdecydował się na terapię antyalkoholową w zamkniętym ośrodku. Obydwie modlitwy zostały wysłuchane.

Rozejrzyjmy się dokoła. W Polsce jest ponad 11 tysięcy parafii. W każdej, lepiej lub gorzej, próbuje realizować swoje powołanie jakiś mężczyzna – ksiądz – proboszcz. Jeden zbiera pieniądze by złocić co rusz to nowe ramy do obrazów. Inny pasjonuje się polityką i motoryzacją, kolejny zapija swoją samotność, a jeszcze inny, zesłany za cudze winy do popegeerowskiej wsi przetrwał dziesięć głodnych lat dzięki pomocy rodziny i teraz dopiero zbiera owoce swojej cierpliwości.

Nie wszyscy oni podążają z nurtem Ewangelii, nie wszyscy odczytują ‚znaki czasu’, nie wszyscy są gotowi opuścić bezpieczną plebanię i wyjść do ludzi, gdy ludzie przestali do kościoła przychodzić. Ale wszyscy zasługują na nasze wsparcie i modlitwę, zgodnie z papieskim zawołaniem na 4 sierpnia:

„W bliskości i z miłością wspierajcie waszych kapłanów.”