„Amoris Laetitia” Rozdz. VIII

Drogi mój Przyjacielu. Znamy się dobrze. Znam cię, jako człowieka głębokiej modlitwy i prawdziwie chrześcijańskiego życia.
Jak niewielu potrafisz: przyjąć obcego, głodnego nakarmić czy zaopiekować się chorym i opuszczonym. Niesiesz radość tam gdzie panuje smutek i pokój w zarzewia lokalnych wojenek.
– Prawdziwie ewangeliczna postać – powiedział o tobie jeden z sąsiadów.

Tak bardzo dotyka mnie twoje cierpienie. Gdy wracam od Stołu Pańskiego i widzę tęsknotę na twojej twarzy, trudno powstrzymać mi łzy.

Dlaczego tak? Dlatego, że pokochałeś Martę, porzuconą przez męża? Że przyjąłeś jak swoje jej dzieci, które nie zaznały kochającego ojca? Dlatego, że narodził się Franek, owoc waszej miłości? Nie pasuje mi to wszystko do okrutnego hasła: ”życie w grzechu”.

Twoja wrażliwość i pokora ujmuje mnie. Godzisz wierność rodzinie z wiernością Kościołowi za cenę tej eucharystycznej tęsknoty.
Słyszałem jak szepczesz – to dla Ciebie Jezu!

Któż z nas, niegodnie i niezasłużenie sunących do Stołu Pańskiego jest tak pokorny?

Pamiętasz? Razem słuchaliśmy w Łodzi o tym, co o takiej postawie pisał w XV wieku Henryk Bitterfeld, praski dominikanin. Że kiedy człowiek pokornie pada przed Bogiem na kolana, przeżywając swoją małość, i chce Boga pocałować w stopy, wtedy Bóg go podnosi i całuje w usta.

Pewnie dlatego, wierzę, że popchnięty przez Niego, wracając od stóp ołtarza, gdy wargi moje będą jeszcze ciepłe od dotyku Jezusowego Ciała, gdy będzie jeszcze na nich smak Chleba. Podejdę do Ciebie i podnosząc z klęczek dotknę moimi wargami twoich warg.

No bo, co by w tej sytuacji zrobił Jezus?