Niebo to inni.

Wspólnie, Janka i my, podjęliśmy decyzję, że zamieszkamy razem.
Nasza przyjaciółka nie może i nie powinna już mieszkać sama. Porusza się głównie na wózku i bywa, że potrzebuje pomocy przy wykonywaniu codziennych czynności. Nasza rodzina powiększy się więc! Nie pierwszy to raz gdy rodzina, którą założyliśmy przed 40 laty powiększa się w naturalny, choć przecież nie ‚biologiczny’, sposób.

Rzadko pisuję teraz teksty na blogu, bo całymi dniami zajęty jestem rozbudową domu. Nie chciałbym, aby mój blog przekształcił się w forum budowlane, a przyznaję, że większość moich myśli krąży wokół tego tematu. Dużo się nauczyłem „budowlanki”, a poza tym wiele prac wykonuję samodzielnie, co zajmuje sporo czasu i myśli.
Wspólnie z Janką budujemy nową przestrzeń do życia, nieoddzieloną od świata schodami. Nasz dom rozbudowujemy tak, aby nowa część przystosowana była do poruszania się na wózku i umożliwiała osobie z niepełnosprawnościami jak największą samodzielność. Bardzo istotna jest też odpowiednio przestronna ‚przestrzeń wspólna’, w której planujemy spędzać czas z licznymi (?) gośćmi.

Już się cieszę na wspólne śniadania na tarasie i długie wieczory przy kominku, scrabble’ach i kantatach Bacha. Ale cieszę się też na wzajemne towarzyszenie w chorobie, pocieszanie w bólu, gesty przyjaźni i braterskiej miłości.

Ktoś mógłby powiedzieć i nam i Jance: Po co na stare lata tak się wiązać? Przecież drugi człowiek to inny świat i dodatkowe problemy!
Tylko…., czy aby na pewno, tak wielu z nas marzy o samotności?

Pamiętam opowiadania mojej mamy o domu dziadków, rodziców jej ojca w podtoruńskim Lubiczu. To był duży dom. Gdy dorosłe dzieci już z niego wyszły, mieszkał tam, prócz maminych dziadka i babci brat mojej prababci – ksiądz, który był dyrektorem preparandy nauczycielskiej oraz dwie kuzynki, ciotki-rezydentki, które miały swoje pokoje na poddaszu. Pięć osób w podobnym wieku. Tworzyli rodzinną wspólnotę. Każdy miał w domu swoją rolę. A moja prababcia zarządzała wszystkim. Mama opowiadała, że surowość babci łagodziły swoją obecnością ciotki, które zawsze znalazły czas aby nastolatki wysłuchać i udzielić rad wspomaganych łakociami. Nie wiem dokładnie jakie były relacje w tej podeszłej wiekiem rodzinie, ale fakt, że trwali w tym układzie wiele lat świadczy o tym, że się da.

Czy jest możliwe, w dzisiejszym zindywidualizowanym świecie, odwrócenie tendencji do bycia samotnym? Do niewiązania się z nikim zbyt silnie? Wydawałoby się, że życie we wspólnocie jest naturą człowieka. Dążenie do samotności jest chyba wbrew naturze? Nieprawdaż?

Dziś zachęcam wszystkich, żeby zawczasu pomyśleli czy nie warto podjąć jakichś kroków, aby końcową część życia spędzić z ludźmi, z którymi się rozumiemy, z którymi lubimy być, z którymi dzielimy podobne upodobania i poglądy na świat. Nikt nie ukrywa, że wspólne życie to też rozliczne trudności, choroby, cierpienie i większe lub mniejsze konflikty. Ale życie tak właśnie wygląda. Czyż każdy z nas nie marzy o tym aby ‚żyć prawdziwym życiem’?