Uchodźcy

 W lesie obok mojego domu padł pod piłą drwali spory dąb. Tak jakoś się zdarza ostatnio. Zaplątał się pewnie przed stu laty do sosnowego lasu. A może to sosny posadzono wokół niego? Na sosnach jakoś trudniej zakłada się gniazda, stąd dąb z zakamarkami wśród gałęzi i dziuplami w konarach stał się domem dla wielu stworzeń. Właśnie go straciły. Jest jeszcze maj, ptaki poszukają nowych miejsc i założą kolejne gniazda. Dwa wiekowe wiązy rosną szczęśliwie na moim terenie i póki żyję nic im nie zagraża. Przesiedleńcy zasilą poranny chór na naszym podwórku.
Wczoraj zdałem sobie sprawę, że nie tylko ptaki są w kłopocie. Rankiem, od strony lasu, ostrożnie, żeby nie zwrócić uwagi psów, przebiegła przez trawnik wiewiórka, niosąc w pyszczku całkiem sporych rozmiarów potomstwo. Zgrabnie wspięła się po gałęziach wysokiego starego grochodrzewu i znikła w rozwidleniu najwyższych konarów. Teraz zauważyłem, że gniazdo, które w ubiegłym roku zajmowała para gołębi grzywaczy, zostało znacznie powiększone tak, że powstał z niego sporych rozmiarów domek. Z bocznego otworu patrzyła na mnie para czarnych oczu umieszczonych na rudym pyszczku. Niezbyt bezpieczne miejsce wybrała sobie wiewiórcza rodzina. Korona grochodrzewu nie ma nadziemnego połączenia z lasem. Parę metrów trzeba niestety przebiec po trawniku, gdzie można napotkać psie zęby.
Mam nadzieję, że nowi lokatorzy poznają szybko zwyczaje wszystkich dotychczasowych domowników i nauczą się dbać o swoje bezpieczeństwo. Nie pierwsza to w końcu rodzina, która musiała opuścić swoje siedlisko po utracie domu. Na wygnaniu nie jest tak jak w bezpiecznym, gęstym lesie, ale cóż kiedy dom legł w … kłodach.
Cieszymy się, bo nowi mieszkańcy sprawią, że nasze podwórze będzie jeszcze ciekawsze, bardziej różnorodne i kolorowe. Laudato si, mi’ Signore!