Downtown of Paris

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Malwina bardzo lubi podróżować. Była już tu i ówdzie. W zasadzie wszędzie spotyka się z oznakami bezinteresownej serdeczności. W szczególności w krajach południa: we Włoszech, gdzie przechodnie uśmiechają się do jej Zespołu Downa z życzliwością, a pani w muzeum w Monterchi zwraca się do niej per „bella ragazza”. W Hiszpanii, gdzie policjant widząc „downa” za szybą samochodu pomaga znaleźć wygodne miejsce do parkowania, a na placu zabaw w San Sebastian spotykamy dzieci takie jak Malwina baraszkujące wspólnie z rówieśnikami.
Ale w Paryżu, przed dwoma laty, czuliśmy się obco. Mimo że dobrze znamy i kochamy to miasto. Tym razem, gdy byliśmy tam razem z Malwiną, wiało chłodem. W metrze, którym nasza córka uwielbia jeździć, pasażerowie ostentacyjnie odwracali wzrok. O życzliwości w restauracji, na ulicy czy na wystawie nie było mowy. W paryskim oceanarium młoda kobieta z obsługi utrudniała wręcz nasze poszukiwania czegoś do picia dla dziecka. Wszystkiego dopełniała obserwacja, że kręcąc się przez kilka dni po wielomilionowej metropolii nie spotkaliśmy żadnej osoby z Zespołem Downa. W Rzymie, Lizbonie czy Warszawie to prawie niemożliwe.

Wtedy, po powrocie z Paryża, wyciągnęliśmy wniosek, że reakcja paryżan na Malwinę była skutkiem ich wyrzutów sumienia. Obecność ślicznej, uśmiechniętej i radzącej sobie dziewczyny z dodatkową parą chromosomów powodował dyskomfort i drażnił. Wszak we Francji, w szczególności w dużych miastach, takie dzieci już się nie rodzą.

Ubiegłotygodniowa krytyka francuskiego Counseil d’Etat, która przewinęła się przez internet, (nawet jeśli była nieco zmanipulowana) potwierdziła tylko nasze obserwacje sprzed dwóch lat.

Widzę, że podobny dyskomfort powodują informacje o dobrze sobie radzących, asymilujących się imigrantach, w kraju, który nie chce przyjmować nawet uchodźców, uciekających przed koszmarem wojny.

Paryżanie nie są jacyś szczególnie inni.