Czerwcowa burza
Burza. Wieczorna, czerwcowa burza. Nie jakaś nawałnica z huraganem, ale parę grzmotów. Nagły błysk, który może przestraszyć lecz nie czyni krzywdy. Pół godziny deszczu, który spłucze kurz i ożywi trawę. Orzeźwienie po upalnym dniu. Lubię takie lato.
Przypomina mi trochę małżeńskie życie: Lepiej jak różnice zdań rozładowują się okresowo przez 'krótkie spięcia’ niż miałyby konserwować się tygodniami w dusznym powietrzu pozornej zgody. Taka sytuacja zawsze źle się kończy. Dobrze jak po dłuższym czasie dojdzie wreszcie do burzy, ale nie jest to zjawisko w rodzaju takiego, jaki opisałem na początku. Tu rzadko kończy się bez ofiar. Zresztą najczęściej są nimi dzieci. Gorzej jednak gdy nasze naturalne różnice nie konfrontują się przez lata. Takie małżeństwo niespodziewanie dla wszystkich potrafi się rozpaść (znów kolejny taki przypadek w pobliżu):
– Przecież nigdy się nie kłóciliśmy! Zawsze byliśmy zgodnym małżeństwem!
Oczywiście, najczęściej to jedna strona ponosi koszty tego wieloletniego spokoju, w naturalny sposób ustępując ze swoich racji. Ale to już szerszy temat, może dla psychologa. Ja nim nie jestem.
Lubię słońce i ciepło, ale kocham też zapach mokrej ziemi i ozonu w powietrzu. Taka kombinacja zapewnia zdrową atmosferę.

